RSS
niedziela, 05 marca 2017

Szanowni Państwo, uprzejmie informuję, że od 1 kwietnia br przyjmuję w gabinecie Inner Garden. Można się ze mną kontaktować pod nr tel: 609-99-55-22. Zapraszam do odwiedzenia naszej strony:

Ośrodek Psychoterapii i Coachingu INNER GARDEN

Www.inner-garden.pl ❤️��

 

 

21:20, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 maja 2015

Zapraszam do rozmowy ze mną w formie chat na temat depresji poporodowej i różnych zagadnień związanych z narodzinami.

3 czerwca o godz. 20.00:

http://www.poloznanamedal.pl/czat-online

17:41, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 grudnia 2014

Proszę mi wybaczyć, że mało piszę, a raczej wrzucam różne rzeczy, ale mam dosyć napięty grafik, a wiem, że Państwo wchodzicie i czytacie dlatego jesli coś ciekawego widzę- od razu wrzucam. Dzisiaj krótka historia rysunkowa o borderline. Borderline to specyficzny rodzaj osobowości, jak sama nazwa wskazuje będącej na pograniczu. Osoby z borderline są chwiejne, nerwowe, niepewne, często popadające w stany graniczne- albo euforie, albo depresje, czego często przyczyną są trudne relacje z ludźmi. Osoba z borderline żyje dla ludzi i tak bardzo cierpi na ich potrzebę, że aż ich za to nienawidzi. Ostatnio miałam dla Państwa notatkę na ten temat mówiącą o trudnościach w relacjach z perspektywy osób rozchwianych przez swoją osobowość, choroby, narkotyki. Ta notka przyszła mi do głowy gdy zaczęłam rozważać czemu tak jest, że są typy osób (niekoniecznie z borderline), które tak bardzo potrzebują relacji, że nie potrafią żyć swoim życiem, tylko potrzebują żyć życiem czyimś, z kimś, obok kogoś, koncentrując się tylko na relacjach, a nie np na sobie, swoich potrzebach, celach i marzeniach? Myślę, że na dniach do niej wrócę.

 

16:51, katarzynakucewicz
Link Komentarze (1) »
środa, 26 listopada 2014

Lepiej bym tego nie ujęła. Tak właśnie działają dobre rady w rodzaju "weź się w garść" na osoby doświadczające depresji, czy zaburzeń lękowych. Do przemyślenia. Oczywiście czasami mówi się o czymś takim jak wtórna korzyść z choroby, czyli o sytuacji gdy faktycznie osoba nadużywa dobroci bliskich i ani myśli zdrowieć, nie bierze leków, nie stosuje się do zaleceń terapeuty. Ale są to sytuacje marginalne. W większości przypadków zdiagnozowanej depresji to co potocznie wydaje się nam "lenistwem", jest ogromną, męczącą niemocą i poczucie braku sił i energii. Nieznośne, dławiące i wydające się zupełnie beznadziejne poczucie, wzmagane wyrzucaniem sobie, jakim to się jest beznadziejnym przypadkiem i pasożytem. Depresja nie jest przyjemnym odpoczynkiem, gdy stres w pracy nas przytłacza, albo gdy rodzina daje w kość. Depresja to głęboka rozpacz duszy, której z reguły się szczerze nienawidzi.

19:23, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 listopada 2014

Zapraszam Państwa do obejrzenia kolejnego odcinka Rozmów w Toku, w którym zastanawiam się z uczestniczkami co takiego się dzieje, że nie udaje im się poznać kogoś na dłużej niż jedną randkę.

Rozmowy w Toku, odc. 2379

09:36, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 października 2014

Z wielką przyjemnością pragnę zaprosić Państwa do tworzonej przeze mnie grupy psychoterapeutycznej dla dorosłych osób mających trudności w relacjach z innymi ludźmi. Będzie to odbywająca się raz w tygodniu grupa zamknięta licząca maksymalnie 10 osób. Prowadziła ją będę w Warszawie, w Centrum Psychoterapii Kucewicz&Piotrowicz 

Niezmiernie się cieszę, że wreszcie będę mogła powrócić do tego co zawsze lubiłam najbardziej w swojej pracy- oddziaływań grupowych, mam dużo zapału i pasji, sesje grupowe są w moim odczuciu czymś niezwykle ciekawym i bardzo dużo wnoszącym w życie każdego uczestnika takich sesji. Siła grupy może przenosić góry=) !!!!!! Zachęcam, będzie mi miło się z Państwem spotkać podczas takich sesji.

Zgłoszenia lub pytania proszę kierować na adres: kasia.kucewicz@gmail.com. Czekam do 17.11.2014r.

15:50, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 października 2014

Debussy zajmuje w moim sercu szczególne miejsce.
17:08, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 października 2014

W zeszłym tygodniu w Rozmowach w Toku wyemitowany był odcinek poświęcony osobom, które bardzo szybko bardzo dużo schudły, ale na pamiątkę została im obwisająca skóra. Miałam przyjemność gościć w tym programie jako psycholog. Klikając w poniższy link możecie Państwo obejrzeć moje wypowiedzi w tej kwestii. Zapraszam!

Rozmowy w toku, odc. 2368 

08:51, katarzynakucewicz
Link Komentarze (1) »
środa, 08 października 2014

Wyszłam ostatnio z kina ogarnięta lękiem. Polski thriller Służby Specjalne, fantastycznie zagrany, zrealizowany na wysokim poziomie, taki rodzaj polskiego kina, który lubię najbardziej, czyli brutalnie autentyczny. Nie znam się na kinematografii to nie będę się tu specjalnie rozpisywać o filmie, natomiast wychodząc z Luny przyszło mi na myśl, że stan napięcia to jeden z głównych motorów dla pacjentów do podejmowania terapii...a chwilę potem dowiedziałam się, że zmarła Anna Przybylska.

Lęk przed rakiem. Doświadcza go wiele osób, zwłaszcza tych które w jakiś sposób są statystycznie bardziej niż inni narażone na zachorowanie. Bo przykładowo mają genetyczne predyspozycje, palą papierosy, czy żywią się czerwonym mięsem i słodyczami. Nie bez znaczenia jest  kondycja psychiczna potencjalnego cancerofoba. To zwykle ktoś emocjonalnie labilny, reagujący nadmiarowym napięciem na sytuacje stresujące. Taki, który z reguły w sytuacjach zagrażających ma wrażenie, że świat wali mu się na głowę. Wobec raka też ma konkretne przekonania, że to synonim śmierci i cierpienia, że historia skończy się tak tragicznie jak na przykład u kogoś z rodziny i tym podobne. Dlatego gdy boli go brzuch, albo głowa, ma w sobie przekonanie, że...jak to mówił jeden z moich znajomych cancerofobów "śmierć już przyszła".

                                                                                                                                        Bliskim, przyjaciołom czy rodzinie może wydawać się czasem śmieszne to co wyczynia cancerofob w zaostrzeniu swoich zaburzeń- zwykła niestrawność to rak jelita grubego, bóle owulacyjne to rak jajnika, a ból głowy zwykle od razu kwalifikowany jest jako tętniak. To, co dzieje się w umyśle osoby panicznie bojącej się zachorowania na raka, psycholodzy poznawczo behawioralni nazywają czarnowidzeniem, albo katastofizacją, czyli opisują ten sposób myślenia w kategoriach błędu w interpretacji. Faktycznie, zwykle osoby z fobicznym lękiem przed nowotworem interpretują swoje objawy jako ostateczne i niepodważalnie związane z rakiem.

Znałam kiedyś panią, wykształconą mieszkankę dużej aglomeracji, która była przekonana, że krwawi z powodu raka szyjki macicy, bo skleiły jej się w kalendarzu kartki i przeoczyła, że to krwawienie menstruacyjne. Brzmi jak anegdotka, ale nią nie jest i obrazuje jak silne mogą być szpony fobii. Osoba doświadczająca takiego ataku przeżywa lęki i depresję jakby naprawdę była już chora. Często nie może jeść ani spać, jest wykończona uporczywym dylematem czy to rak, czy nie rak?Przy tym bardzo często jej organizm płata figle odbijając stres na jej zdrowu- może czuć uciski, mrowienia i inne symptomy, które oczywiście są kwalifikowane przez nią od razu jako objawy nowotworowe. Co robi dalej? Zazwyczaj wcale nie jest tak, że gna do lekarza. Niekoniecznie. Jeśli lęk jest obezwładniający osoba często unika wizyty lekarskiej bo boi się wyroku. W zamian przekopuje internet w poszukiwaniu informacji o prawdopodobieństwie zachorowania. I znowu znajoma mi historia o panu , którzy przeczytał dwa skrypty dla studentów medycyny prof. Nowackiego by dowiedzieć się czy ma raka okrężnicy czy nie. Przecież nie dam sobie zrobić kolonoskopii!- mówił. Na szczęście to nie był rak, ale pan trafił z tego lęku do psychiatry i niestety nie obyło się bez podania środków przeciwlękowych, żeby w ogóle mógł jakoś zacząć funkcjonować, spać w nocy, jeść, wrócić do pracy, a nie ciągle szperać w internecie na stronach o raku, by trochę spuścić z siebie tego napięcia.

Internet jest prawdziwą zmorą cancerofobów. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że informacje w nim udostępniane często są błędne i sprzeczne. Z jednej strony mogą uspokoić, bo  przecież rak podobno nie boli, z drugiej, doprowadzić prawie do zawału- owszem nie boli, ale w pierwszych stadiach, potem jak już jest naprawdę rozwinięty to boli bardzo. I tak można się zapętlać zaniedbując obowiązki życiowe (wielu cancerofobów w zaostrzeniu choroby skupia się tylko na myślach o raku i bagatelizuje pracę, rodzinę) i rujnując swoje zdrowie psychiczne. Bo pół biedy, gdyby karcinofobia powodowała wzrost liczby przeprowadzonych w Polsce badań profilaktycznych. Ale jak donosi magazyn Polityka jest dokładnie odwrotnie- ludzie z obawy przed rakiem nie decydują się na badania.

Jak to wygląda z psychologicznego punktu widzenia? W przypadku zaburzeń o charakterze fobii najbardziej efektywna jest praca na przekonaniach. Dobrze przeformułowane treści myślenia pozwalają przystopować pojawianie się przykrych uczuć, czy symptomów z ciała. Kiedy osoba z fobią zaczyna myśleć w sposób racjonalny jej objawy zazwyczaj samoistnie ustępują, a nawet jak się pojawiają to umie sobie z nimi poradzić.

Niestety wciąż wiele osób bagatelizuje ten problem i wstydzi się zasięgnąć porady psychiatrycznej czy psychologicznej odnośnie swoich lęków. Tymczasem bywa czasami tak, że jeśli organizm dostaje dużo stymulacji myślami o nowotworze to sam zaczyna być bardziej podatny na niego. Oczywiście nie ma takiej magii w przyrodzie by sobie wywołać raka, ale można np. wykańczając swój organizm nadmiarowym stresem z powodu myślenia o raku, utracić odporność i stać się bardziej podatnym na działania czynników zewnętrznych.

 

17:28, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 sierpnia 2014

Przychodzi mężczyzna do lekarza. Mówi że ma depresję, życie wydaje mu się ciężkie i beznadziejne. Czuje się opuszczony w niebezpiecznym świecie. 
Doktor mówi: "Lekarstwo jest proste. Wielki klown Pagliacci przyjechał do miasta. Idź na jego przedstawienie. To powinno pomóc." Mężczyzna uderza w szloch. "Ale doktorze, to ja jestem Pagliacci. "

 

 

11:03, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 lipca 2014



Dalej w temacie rozstań. Czasem słyszę kobiety, które w pewnej fazie żałoby po stracie partnera wpadają w tryb "mądrej Polki po szkodzie". Czyli w tryb analizowania każdego dnia skończonej relacji i wyciągania mądrych wniosków. Gdybym była mniej podatna na słowa Matki, gdybym była bardziej opiekuńcza, gdybym zrezygnowała z kariery zawodowej i zajęła się nim, gdybym nie zaszła w ciążę... Tryb się rozkręca, mądra Polka wpada w coraz bardziej zapętloną sieć samooskarżeń, aż w końcu dochodzi do wniosku, że cała wina spoczywa na jej barkach i że to takie przykre, że jak było jej dobrze i bezpiecznie to nie zauważała jak partnerowi jest źle, a przecież mogła TYLE ZROBIĆ, TYLE ZMIENIĆ!

Nawet jeśli przyjmiemy wariant, że faktycznie mogłaś coś zrobić. Mogłaś nie dzwonić codziennie do swoich przyjaciółek, mogłaś nie brać nadgodzin, częściej uprawiać seks. Może i mogłaś, ale warto by zapytać siebie, czemu właściwie tego nie robiłaś? Czy naprawdę tylko z cynizmu i własnej głupoty, czy też może po prostu byłaś sobą i żyłaś w zgodzie ze sobą? Realizowałaś siebie tak jak chciałaś, tak jak instynktownie potrzebowało Twoje ciało, Twoja dusza. Byłaś sobą, byłaś cudem, bo bycie sobą to bycie cudem. Ufałaś intuicji, nie kalkulowałaś jak musisz grać aby nie odszedł. Nie naginałaś się. Byłaś w porządku. W porządku wobec samej siebie. Jeśli ktoś odrzucił Twoje bycie sobą zatrzymaj się. Przeczytaj jeszcze raz to zdanie. Ktoś odrzucił Twoje bycie sobą. Czy naprawdę to powód do zadręczania się? Roztrzygnij sama. Mogłam lepiej grać, mogłam lepiej udawać, mogłam się lepiej prezentować, tak powinny brzmieć nasze samooskarżenia. Pomów tak chwilę do siebie. Mogłam lepiej udawać!!! Mogłam udawać, że jestem kimś innym!

Hmm, czuję Twój uśmiech. Wiadomo, nikt tak nie chce do siebie mówić, pojawia się bunt? To zdrowy bunt. A ja pobuntuję Cię bardziej.

Być może rzeczywiście byłaś egocentryczką nastawioną na siebie. Takie osoby też czytają tego bloga, z pewnością. I może rzeczywiście ten biedny partner nacierpiał się i przeżył katusze, aż w końcu odszedł, od tej tak zwanej zołzy, czyli od Ciebie. Ja bym tu zrobiła stopklatkę i wróciła do punktu wyjścia- czyli nie akceptował, nie akceptował tego jaka jesteś. I zadałabym pytanie, w zasadzie co takiego działo się w związku, że Twój egocentryzm aż tak się rozkręcił? Czemu ciągle brałaś te nadgodziny? Może od niego uciekałaś? Może zajęłaś się sobą, bo nieświadomie nie chciałaś zajmować się nim? Może umieściłaś siebie w centrum po to by nie stracić samej siebie, bo czułaś że w innym przypadku on Ciebie pochłonie?

Nie wierzę w to, że większość egoistycznych zachowań bierze się z rozwydrzenia. Bardziej skłaniam się do refleksji, że jesteśmy egoistkami bo jest to nasza reakcja na relację. Na to co dzieje się dookoła nas. Egoizm w moim poczuciu bierze się z nieszczęśliwości, z braku zrozumienia i niechęci do innych. Stańmy na moment przed lustrem i zadajmy sobie pytanie prosto w oczy- czy byłyśmy szczęśliwe w tym związku? I dlatego tak uciekałyśmy w pracę?

I wreszcie moja ostateczna konkluzja. Przypomina mi się zasłyszana kiedyś historia o kobiecie, która poświęciła dla drugiej osoby wszystko. Przeniosła się z pięknego mieszkania w Centrum, do niego na Tarchomin, bo miał bliżej do pracy. Po swojej pracy, pomagała mu w jego obowiązkach zawodowych, potem zmęczona szła spać, a jemu pozwalała bez mrugnięcia okiem, na wychodzenie na piwo z kolegami. Robiła wszystko, kochała go bezgranicznie. Żaden egocentryzm, żaden fałszywy ruch. 100% podporządkowanie. Oczywiście, po kilku latach odszedł do innej. Bo za mało pasji, za mało porywów, za mało chemii, okropna rutyna. Odszedł do prawidziwego huraganu, do gepardzicy, która nic nie chciała zmieniać dla niego, trochę go dołowała sukcesami, była niezależna, była egocentryczką i zołzą. Pobył z nią przez chwilę. Zakochała się podobnie jak ta pierwsza, ale to co? Ją też zostawił dla stabilnej i, jak to określał, normalnej i spokojnej, trzeciej.

I jedna i druga płakały, że mogły przecież coś naprawić. Mogły zadbać o jego potrzeby bardziej, mogły dostosować się do jego pragnień. Mogły przecież tak się ponaginać aby być idealnie dopasowane do niego, mogły przecież TYLE ZROBIĆ! TYLE ZMIENIĆ!

09:03, katarzynakucewicz
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 czerwca 2014



Każdy z nas był kiedyś odrzucony. Jak nie był, to ma wielkie szczęście. Odrzucają nas czasem rodzice, przyjaciele, choć zwykle partnerzy. Bywa, że powód odrzucenia jest jasny i czytelny, ale są przypadki, gdy wydaje się rozmyty i niezrozumiały. Czy mieliście kiedyś tak, że ktoś Was porzucił z zupełnie nieznanych powodów? Albo z powodów owszem znanych, ale wydających się jednak z lekka osobliwymi?

Bywa, że w grę wchodzi matka... Tak by zaczął Freud. Możecie się uśmiechnąć, że tak mówi każdy psycholog, że to nasze żargonowe zamydlanie oczu. Osobiście jednak bardzo wierzę, ze coś w tym jest. Jeśli nie Freudem to możemy spróbować zainspirować się Hellingerem, który na dobrą sprawę zacząłby podobnie, ale ubrałby w takie słowa: w jego oczach byłaś reprezentantką jego matki, a nie sobą. On widział w Tobie reprezentację jej a nie prawdziwą Ciebie. I dalej: odrzucił ją poprzez Ciebie. Dlaczego? Bo pewnie kiedyś w jakiś sposób ona, matka, odrzuciła jego.

I Freud i Hellinger wyjaśniliby, że w partnerach ludzie zwykle odbijają sobie relacje z rodzicami. W skrajnych przypadkach rozgrywają te relacje na nowo. Z uporem maniaka i pomimo tego, że matka i partnerka, tudzież ojciec i partner nie mają ze sobą nic wspólnego. Choć czy aby na pewno nic? W końcu oboje mają tę samą płeć, są istotni w naszym życiu i przez nas kochani. Bywają dla nas najważniejsi. Matka i żona, Ojciec i mąż. 

Bardzo łatwo jest na taką osobę scedować całe rodzicielskie bagno. Widzieć wyraźnie matczyne, czy ojcowskie cechy i się wobec nich ustawiać. Na przykład obiecując sobie w duchu, o nie mamo, drugi raz mnie tak nie skrzywdzisz, ja pierwszy się odsunę. I odsuwać się od partnerki, tłumacząc sobie to np tym, że jest zbyt wymagająca, zbyt surowa, zbyt ograniczająca (jak matka!). Często oczywiście partnerka tych cech nie posiada, a te argumenty wydają się jej absurdalne i nieprawdziwe. Pojawia się ściana bo słyszymy zarzutu bezpodstawne, beznadziejne ale bardzo mocno konkretne i zdecydowane. Co tu się dzieje?

Wiele osób ma tendencję do wymyślania sobie postaci partnera na wzór rodzica. Wymyślamy sobie, że nasz partner jest taki i siaki, bo ma cechy te i te. Wszystko oczywiście idealnie podstawione do wzoru matki/ ojca. Jeden nasz fałszywy ruch, ruch gdzieś skojarzony z ruchem rodzica i koniec. Uruchamia się cała machina przeniesieniowa wobec której partnerzy są bezradni. Bo jak przetłumaczyć, że nie jesteśmy matką, że jesteśmy odrębnymi jednostkami, komuś kto sam nie zdaje sobie sprawy, że obsadza nas w nieprawdziwej roli? Awantury, niezrozumienie, pustka.

Związki oparte na przenoszeniu na sobie wyobrażeń trudnego rodzica szybko się kończą, albo trwają i są jak pole walki. Pozostawiają partnerów wyczerpanych, w chaosie i smutku. Żadna ze stron nie jest szczęśliwa, i żadna tak naprawdę nie wie o co chodzi. Bo gdyby to rozumienie, że widzimy maskę rodzica na twarzy partnera, było jasne, nie byłoby problemu. A proste to naprawdę nie jest i nawet samo rozumienie istoty przeniesienia nic nie daje, dopóki się naprawdę nie przebijemy przez cały traumatyczny świat dzieciństwa.

Mało optymistyczne jak na początek wakacji. Będzie lepiej.

09:36, katarzynakucewicz
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 czerwca 2014

Bywają takie piosenki, które chwytają za serce.

10:53, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014



Chciałbyś mieć zawsze porządek na biurku albo mieć nawyk oddawania projektów na czas? Przyzwyczajenie drugą naturą. Tylko jak przyzwyczaić się do robienia czegoś czego się nam robić nie chce a co robić powinniśmy? Na pomoc przychodzi strategia mikronawyków.

 

Nawyki często kojarzą się z czymś złym. Rzeczywiście, człowiekowi łatwiej przyzwyczaić się do czegoś zgubnego, na przykład do palenia papierosa przy kawie, niż wdrożyć w życie coś co mogłoby być zdrowe i nam służyć. Pewnie dlatego większość naszych noworocznych postanowień już dawno odeszła w zapomnienie, nawet jeśli zarzekaliśmy się, że tym razem wytrwamy i naprawdę będziemy robić każdego dnia te 10 przysiadów, po wstaniu z łóżka.  W  latach ’60 ubiegłego wieku chirurg  Maxwell Maltz wygłosił tezę, że aby wyrobić sobie pożądany nawyk, należy wytrwać w nim 21 dni. Tyle, jego zdaniem, trwa zautomatyzowanie nowej czynności, czyli wdrożenie jej do rejestru naszych rutynowych zachowań nad którymi się nie zastanawiamy. Dlatego właśnie przyjmuje się, że jeśli ktoś przetrwa w swoich postanowieniach najbardziej depresyjny dzień w roku, czyli tak zwany blue Monday, przypadający na koniec stycznia, to prawdopodobnie utrzyma swoje noworoczne postanowienie. Ale czy tak jest w istocie?

Pomimo dużej popularności tego założenia, pojawiają się liczne głosy mówiące o tym,  że nie każdy człowiek jest w stanie być zmotywowanym do codziennego wdrażania nawyku aż przez trzy tygodnie. Joanna, prawniczka w jednej z warszawskich kancelarii wspomina z rozżaleniem, że mimo tego, iż udało jej się przez jakiś czas wbiegać codziennie po schodach na 7 piętro, po miesiącu dała sobie spokój. Nie pomogło ani to, że faktycznie zaczęła chudnąć, ani to ze jej kondycja była naprawdę coraz lepsza. Joanna opowiada, że cały czas miała wrażenie, że nie jest to żadne wyrabianie nawyku,  tylko codzienna męczarnia. Modliłam się kiedy przyjdzie ten 21 dzień w którym powiem sobie stop… i zacznę znowu korzystać z windy!

 Joanna choć była zmotywowana i naprawdę chciała odstawić nawyk jeżdżenia windą i zastąpić go schodami nic z tego nie wyszło. Podobnie Gregor, pracownik międzynarodowej firmy brokerskiej, zniechęcił się szybko do tego by na bieżąco odpisywać na maile od swoich klientów. Myślałem, że uda mi się wytrwać i to robić, ale jak zwykle nic z tego. Po tygodniu znowu wróciłem do dawnego trybu pracy, czyli odpisywania na ostatnią chwilę, albo wręcz gdy mnie ktoś po prostu ponagla, stwierdza z rozczarowaniem. Oboje są uczestnikami coachingu, pragnącymi lepiej realizować swoje plany i potrafić cierpliwie dążyć do celu. Tak samo jak wiele osób w ich środowisku, mają spory problem w realizowaniu kreatywnych postanowień, bo szybko się nudzą i zniechęcają. 

Nieumiejętność zarządzania swoim czasem i wdrażania w życie dobrych nawyków pozwalających na uzyskiwanie zadowalających efektów sprawia, że wielu osobom bardzo trudno jest wytrwać na samodzielnym stanowisku, nad którym nie ma bezpośredniego zwierzchnictwa. Twierdzi się, że znaczna część populacji woli być motywowanymi zewnętrznie, czyli dostając odgórne polecenia czy deadline na zadanie, niż wyrobić sobie nawyk systematyczności czy punktualności. Zauważa się, że osoby wewnątrzsterowne, czyli takie które potrafią samodzielnie wyznaczać sobie drogę do celu, lepiej zarządzają swoim czasem, a tym samym są bardziej produktywne.

Pytanie tylko, czy wewnątrzsterowności, rozumianej jako samokontroli można się nauczyć, i jak to zrobić aby dać sobie radę z wdrażaniem nowych nawyków i nieuleganiem pokusom?

Profesor B.J. Fogg, behawiorysta z amerykańskiego Stanford University opracował metodę wdrażania nowych nawyków, zwaną „Thiny Habits Method”, co można przetłumaczyć jako metodę tak zwanych mikronawyków.   Mikronawyki – tak właśnie  Fogg określa drobne, wyuczone czynności stanowiące preludium do wdrożenia już bardziej konkretnych nawyków. Mówiąc bardziej obrazowo, jeśli oczekiwanym nawykiem jest czyszczenie zębów nicią dentystyczną to mikronawykiem jest czyszczenie tylko jednego zęba nicią po rutynowym umyciu zębów pastą. Fogg twierdzi, że przyzwyczajając się do wykonywania drobnej, z pozoru niezauważalnej czynności, otwieramy w umyśle kanał umożliwiający w krótkim czasie pogłębianie się mikronawyku i osiąganie docelowego przyzwyczajenia. Ponadto, znacznie lepsze rezultaty, zdaniem Fogga, osiąga się, kiedy nowy mały nawyk połączy się z już automatyczną czynnością zwłaszcza taką, która sprawia nam przyjemność. Wówczas prawdopodobieństwo, że uda nam się uczynić z nowej czynności nawyk staje się niemal pewne. Metoda ta może nie wydawać się specjalnie odkrywcza, ponieważ w gruncie rzeczy opiera się na idei małych kroczków, czyli wprowadzania w życie zmian powoli, bez pośpiechu. Metoda małych kroków to jednak tylko część proponowanej przez Fogga idei, ponieważ kluczowe dla teorii wdrażania mikronawyków jest to, że małym krokom towarzyszą przyjemne już nawykowe czynności. Czyli jeśli mamy w zwyczaju codziennie rano w pracy odpalać komputer i sprawdzać newsy, to możemy dołączyć do tego czynność picia szklanki niegazowanej wody. Ten nawyk picia choćby takiej ilości płynu dziennie otworzy nas na zwiększenie picia w przyszłości, jeśli mamy z tym problem.

 

Fogg promując swoją metodę wskazuje na jej trzy zasadnicze punkty, z którymi powinno się wystartować pragnąc z powodzeniem wykorzystać jego metodę.

Po pierwsze CEL, czyli ustalenie sobie konkretnego nawyku, który chcemy wyrobić. (Przypuśćmy nawyk oddawania tekstów, pism, lub projektów na czas).

Po drugie, PROSTOTA, czyli ustalenie jak najłatwiejszego mikronawyku przybliżającego nas do celu.  (codzienne pisanie danego tekstu przez 20 min.).

 Po trzecie KOTWICA, inaczej czynnik spustowy, czyli ustalenie jaka przyjemna i już wdrożona czynność nawykowa będzie w nas uruchamiała mikronawyk. (Czynnikiem spustowym, mogłoby być zaglądanie na portal społecznościowy Facebook. Wobec czego można by było założyć, że za każdym razem gdy zaglądam na Facebook, piszę przez chwilę tenże  tekst/ pismo, robię projekt. Robię to stopniowo coraz dłużej, aż chwila zamienia się w 20 min.).

 

Fogg podkreśla, jak istotne jest to, aby zaczynać od naprawdę małych nawyków i robić je w bardzo krótkim odcinku czasu, najlepiej nie przekraczając 30 sekund. Istotne jest również to, by mikronawyki nie wiązały się z dużym wysiłkiem, a na dobrą sprawę, były zupełnie bezwysiłkowe i abyśmy byli w stanie powtarzać je przez minimum pięć dni z rzędu. Równocześnie autor przestrzega przed zbytnim przyspieszaniem i zwiększaniem intensywności nawyku. Dopiero po paru dniach powinniśmy zwiększać długość pracy nad projektem na przykład z 7 do 10 min. dziennie.

 

Dlaczego wyuczone zachowania są tak istotne?  Naukowcy z  uniwersytetu MIT (Massachusetts Institute of Technology) zbadali, że ok. 40% decyzji w ciągu dnia podejmuje się rutynowo. Oznacza to, że prawie przez połowę dnia działamy automatycznie, bez względu na to czy mamy korzyści z nawykowych zachowań czy wręcz przeciwnie, są one dla nas zgubne. Tym bardziej wydaje się, że umiejętność rozpoznawania i zastępowania złych nawyków dobrymi nawykami może przynieść poprawę jakości życia zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej.

Zarówno terapeuci jak i coachowie jednogłośnie przyznają, że warto poświęcić czas i uwagę na monitorowanie swoich złych nawyków i zamienianie ich na nawyki pożądane, ponieważ jest to gwarancja osiągnięcia dobrostanu psychicznego, jak również daje nam poczucie sprawstwa i panowania nad sobą. To ważny wniosek, ponieważ zakłada, że tak naprawdę możemy wszystko w sobie zmienić.

Więcej o mikronawykach można poczytać w kwietniowym numerze miesięcznika Sukces, gdzie dorzuciłam kilka wypowiedzi swoich znajomych trenerów:) Zapraszam!

23:10, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 lutego 2014

Jedno z moich odkryć muzycznych 2014:)

12:31, katarzynakucewicz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 17 lutego 2014

17 lutego obchodzony jest przez miłośników kotów światowy dzień kota! Wszystkim swoim kotom powinniśmy dziś zafundować jakiś przysmak , ponieważ posiadanie kota w domu to nic innego jak posiadanie w domu własnego psychoterapeuty. Prawie;) Uważa się jednak i jest to coraz głośniejszy głos w dyskusji, że felinoterapia jest znacznie bardziej efektywna od dogoterapii. Te wnioski wyciąga się na podstawie obserwacji, że często psy są po prostu zbyt głośne i zbyt absorbujące, a nadmiar bodźców niestety nie sprzyja terapii wielu zaburzeń związanych z dysfunkcjami w obrębie funkcjonowania mózgu, np adhd, czy autyzmowi.

Koci terapeuci z kolei z racji swojego kociego- nienachalnego stylu bycia potrafią załagodzić nie tylko objawy poważnych uszkodzeń w obrębie OUN, ale też uspokoić skołatane nerwy, czy poskromić uporczywy stres. Głaskanie kota, ze względu na monotonność, uspokaja i wycisza organizm, a kocia przyjacielskość może przyczynić się do poprawy nastroju i pomóc wyjść z depresji. Osoby, które mają trudności o podłożu relacyjnym, na przykład te z zaburzeniami psychicznymi, często kontaktują się z rzeczywistością poprzez kontakt z własnym kotem, gdyż koty mają w sobie wielki dar tworzenia nici porozumienia także z tymi, którzy nie mają umiejętności nawiązywania kontaktu ze światem zewnętrznym. W literaturze dotyczącej felinoterapii można znaleźć przykłady osób, które np. dzięki ciepłej relacji z kotami wydostały się z głębokiej depresji, a nawet z psychozy. Oczywiście kot nie zastąpi tradycyjnych form terapii, niemniej może być dla chorego przyjacielem, pomocnym w dźwignięciu się z dna rozpaczy.

23:19, katarzynakucewicz
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 lutego 2014

Asertywność to wyważanie swojego zdania, czyli wyrażanie go w taki sposób, który nikogo nie urazi, ale jednak pójdzie w pięty. Oczywiście, asertywnie komunikujemy także komplementy, ale nie oszukujmy się, asertywności używa się przeważnie chcąc kogoś skrytykować, albo się czemuś przeciwstawić. Trenerzy asertywności zachęcają do korzystania ze specyficznych formułek ułatwiających krytykę, nie będących niczym innym jak przykrywką dla kumulującej się w nas wściekłości, której z jakichś przyczyn nie możemy wyrazić wprost. I tak, do nielubianej koleżanki, zamiast powiedzieć, o tym, że wkurza nas jej ciągłe mądrzenie się i zarozumialstwo powiemy na przykład asertywne mimo że tak miło się nam współpracuje, bardzo przeszkadza mi, że nigdy nie zamykasz za sobą drzwi, oczekuję, że zaczniesz traktować mnie z szacunkiem i to robić.

Oczywiście jest to komunikat bardzo elegancki i kulturalny, ale z lekka trąci bierną agresją i czasami może być powiedziany w sposób tak syczący i zjadliwy, że człowiek zaczyna myśleć, że już sto razy bardziej wolał dostawać po głowie niż odpowiadać na zlepek takich dziwnych słów, które bywają ni to miłe, ni złośliwe, po prostu sztuczne.

Czy asertywność sama w sobie bywa sztuczna bo hamuje nasze prawdziwe instynkty? Na pewno tak, jeśli jest niespójna z naszym aktualnym stanem nastroju. Jeżeli jesteśmy przepełnieni gniewem, wówczas asertywne komunikaty brzmią ostro jak brzytwa.

Mam wrażenie, że wiele bardzo agresywnych osób, nie mających odwagi by manifestować swoją złość w sposób bezpośredni, przykrywa się asertywnością, tworząc z niej narzędzie do ranienia innych i buntowania się. Takim komunikatom nie można zarzucić, że są agresywne, ale są bywają uszczypliwe i jak już pisałam potrafią zaboleć bardziej niż prawda między oczy. Osoby posługujące się tą formą dialogu przeważnie nie są lubiane, ba, wywołują czasem większy lęk niż te aktywnie agresywne.

U podstaw asertywności tkwi przekonanie, że jest ona równoważnią poszanowania swoich praw i praw drugiego człowieka. Pytanie tylko, czy gdy krytykujemy kogoś zależy nam na szanowaniu jego praw, czy też po prostu chcemy wyrazić NASZE odmienne stanowisko i NASZ sprzeciw wobec czyjegoś zachowania?

Jasnym jest, że warto sprzeciwiać się rzeczom, których nie chcemy akceptować, ale warto o chwilę refleksji nad tym, czy na pewno nasza asertywność połączona jest z pokorą i poszanowaniem rozmówcy, czy też jest możliwością wypuszczenia z siebie gniewu w zakamuflowanej formie.

21:17, katarzynakucewicz
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 czerwca 2013

Szanowne Panie,

Od lipca 2013 przez okres całych wakacji trwał będzie nabór do kameralnej grupy terapeutycznej dla kobiet osieroconych przez mamy w dzieciństwie. Grupa przeznaczona jest dla tych Pań, które czują, że wczesna utrata swojej matki znacząco wpłynęła na ich funkcjonowanie w życiu prywatnym. Znajdują tu bezpieczne miejsce kobiety zmagające się z charakterystycznymi obawami i pragnieniami wynikającymi z wejścia w dorosłość bez wzorca i pomocy ze strony własnej mamy, a także te z Pań, które czują w sobie od lat nawracające poczucie żałoby i depresji.

 Grupa terapeutyczna będzie miała na celu przyjrzenie się i naprawienie negatywnych schematów życiowego funkcjonowania wynikłego z doświadczenia traumy utraty matki w dzieciństwie.Grupę poprowadzi  w Warszawie mgr Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka zajmująca się specyficznym zagadnieniem kobiecego osierocenia i żalu po stracie matki.

Zainteresowane Panie prosimy o kontakt mailowy: kk@kucewiczpiotrowicz.pl

Konsultacje do grupy są bezpłatne!

22:16, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 maja 2013

Dziś trochę na temat kobiet, którym trudno zachować dystans wobec swoich synów, czyli o mamach maminsynków. To pewnego rodzaju kontynuacja mojej rozmowy z Renatą Bożek, którą można poczytać w najnowszym numerze czasopisma SENS, gdzie zastanawiamy się, jakie typy maminsynków chodzą po ziemi.

Kontynuuję, gdyż w tekście skupiamy się na mężczyznach, nie bardzo dostrzegając niebagatelną rolę kobiet w kształtowaniu męskości.

Co dzieje się z kobietą, która przetwarza mężczyznę na maminsynka? Co dzieje się w jej relacjach z partnerem, jaki ma kontakt z samą sobą? Czy w każdej z nas istnieje nieuświadomione pragnienie usidlenia swojego syna?

Różne rzeczy podaje się za powody, dla których kobieta tworzy synowi kokon, obezwładniając lub, nazwijmy rzecz po imieniu, kastrując go z samodzielności, z decyzyjności, z męskości. Kastruje go:

wyręczaniem "Przyślij mi brudne ubrania z akademika, to je wypiorę",

manipulowaniem "jak będziesz wracał nad ranem z imprez to umrę na zawał",

wsadzaniem go w centrum wszechświata "pamiętaj, rób tak, żeby TOBIE było najlepiej",

lub zachęcaniem go do obierania perspektywy, że to ona jest tym centrum "Co Ty byś zrobił bez mojej pomocy?".

Czemu my, kobiety, pragniemy niszczyć w ten sposób naszych synów? Uświadamiając sobie konsekwencje nadmiernej matczynej miłości, nie można nie mieć wrażenia, że niesie ona w sobie spory ładunek agresji skierowanej do chłopca. Wydaje się, iż może być w tym głęboko podskórna potrzeba uniesprawnienia go, zabrania mu cech mężczyzny, zatrzymania go w rozwoju, tak by nie mógł spełniać swoich męskich funkcji, które prawdopodobnie dla matki są czymś po prostu złym. Mężczyzna nie potrafiący o siebie zadbać, zalękniony, z równoczesnym pragnieniem by tylko jego potrzeby były realizowane staje się wybrakowanym materiałem, niezdolnym do założenia rodziny, do cieszenia się związkiem. Pamiętam, że kiedyś w czasopiśmie Charaktery, ukazał się wywiad z psycholożką, która opowiadała jak zadała pacjentce, mamie maminsynka, proste  pytanie: Kobieto, za co Ty go tak nienawidzisz?

Ukryte, nieświadome pragnienia i mocno skrywana złość, to główne czynniki wyzwalające w nas demoniczną matkę. Zacznijmy od klasycznego gniewu spowodowanego samym macierzyństwem, którego przecież, pomimo zmieniających się czasów, raczej nie wolno poniżać. Kobieta, nie mająca prawa wyrazić wściekłości spowodowanej zajęciem jej terytorium przez dziecko w brzuchu, nie mająca prawa być niezadowoloną, że jej ciało, staje się narzędziem do karmienia i noszenia, a nie do egocentrycznej przyjemności, piastować może w sobie przez lata tłumioną złość, która wypływa w najbardziej wysublimowanej formie, czyli pod postacią  zakleszczającej miłości do dziecka.

Twierdzi się również, z innego punktu widzenia, że wychowując maminsynka wyrażamy złość na naszego partnera, którego widzimy ilekroć patrzymy na chłopca i uwewnętrznione pragnienie by go zdominować, posiąść i odegrać się za krzywdę, choćby pierwotną krzywdę, czyli za to, że jest on mężczyzną. (nazwijmy to zazdrością o penis, chociaż to znaczne uproszczenie sprawy).

Z drugiej strony, wcale nie musi być tak, że naszym motywem jest zemsta, tylko fantazja, że zatrzymując go w rozwoju same także unikniemy procesu starzenia i żadna inna, młodsza kobieta nie zajmie naszego miejsca. W kulturze desperackiego piękna, my kobiety wywołujemy w sobie nawzajem lęk, spowodowany porównywaniem i ultra krytycyzmem wobec samych siebie. Dowiadując się co to jest kurza łapka, czy lwia zmarszczka wchodzimy na drogę terroru i rozpaczliwej walki o młodość z innymi kobietami. Egzystencjalnie taka walka o młodość mogłaby się jawić jako walka spowodowana lękiem przed śmiercią, ale tak naprawdę wydaje się, że jest to jednak lęk przed utratą czegoś co pozwala nam na posiadanie obok siebie mężczyzny. Szprycowane w mediach młodością totalnie ulegamy wizji, że tylko świeże i nastoletnie mamy szansę być szczęśliwe i czuć się atrakcyjnie. Tym bardziej przeraża nas to, że gdy syn przyprowadzi taką właśnie kobietę do domu, staniemy face to face z upływem czasu, co może być zwyczajnie trudne, kiedy się nie ma w sobie silnie ugruntowanej pewności siebie.

Kobieta przetwarzając chłopca w maminsynka, typ samym wstrzykuje sobie potężną dawkę kwasu hialuronowego, bo dopóki on się jej nie wyrwie, iluzja zatrzymania w czasie może być naprawdę silna i przyjemna. Tak przyjemna, że nawet sterta skarpetek do wyprania, czy ciągłe przelewanie kieszonkowego na konto, nie stanowi wygórowanej ceny za ten stan umysłu.

Czy naprawdę tylko my odpowiadamy za rozwój maminsynków? A co z ich ojcami, jeśli ich mają? Oczywiście, tak jak Eichelberger, uważam, że ojcowie prowizorycznie obecni odgrywają tu ZNACZNĄ rolę, zdradzając swoich synów, nie walcząc o nich, biernie usuwając się w cień i pozwalając synom na bycie owładniętymi przez matczyną miłość. Czasem robią coś więcej- pozbawiają swoich potomków wszelkiej szansy na kontynuowanie męskości, wyszydzając ich przywiązanie do matek, obwiniając ich za podporządkowanie się kobietom. Dla chłopca jest to sygnał, że ojciec nie "przekazuje mu królestwa", nie daje mu szansy na kontynuowanie męskości w rodzinie. Ojciec zostaje uznany za niedościgniony wzór męskości, bo chłopiec, nie zachęcany do męskiej rywalizacji, a z góry poniżony i przegrany traci moc by walczyć o swoją męskość i przez całe życie nie potrafi walczyć o samego siebie.

Mężczyzna odrzucony przez ojca, w ścisłym kokonie z matką, która chce posłużyć się nim, by coś dla siebie uszczknąć, jego młodość, jego męskość, jego oddanie i miłość, zwykle ma olbrzymie trudności by stworzyć relację taką, która byłaby zdrowa i z postawionymi granicami wobec rodziców. Tacy panowie bowiem, mając kłopoty z wyrwaniem się z opiekuńczych ramion matki, robią to połowicznie, tworząc swoisty trójkąt ja mama i żona. Prawdopodobnie dalszy scenariusz tego układu, sprowadza się do pojawienia się kolejnej frustracji, frustracji żony, która nie mogąc mieć swojego mężczyzny w pełni, całe swoje tęsknoty i pragnienia przelewa np. na ich wspólnego syna. I tak koło się zamyka.

 

 

07:29, katarzynakucewicz
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 marca 2013

Piękna książka i uroczy film. Ona, dobrze funkcjonująca borderline i on- bipolarny, czyli mówiąc krótko facet z dwubiegunówką. Nie tak ewidentnie rozhuśtaną jak w przypadku świetnego filmu z Richardem Gere "Mr Jones", ale jednak widoczną poprzez jego nerwowe, z lekka nieadekwatne zachowania.

Bradley Cooper, czyli odtwórca głównej roli w tymże oskarowym filmie, już raz miał okazję wcielić się w bohatera z wahaniami nastroju w amerykańskiej produkcji "Jestem Bogiem". "Jestem Bogiem" można traktować jako opowieść o narkotykach, albo jako film o ChAD, ponieważ tak samo jak  w przypadku Mr Jonesa, obserwujemy amplitudę nastroju, od depresji przez totalną euforię, która początkowo fascynująca, wkrótce staje się fatalnym udręczeniem. Wypisz wymaluj opis stanu maniakalnego w przebiegu choroby afektywnej dwubiegunowej.

Od paru lat zajmuję się chorobą afektywną dwubiegunową, zarówno osobami zmagającymi się z nią, jak i ich rodzinami. Prawie każdy mój pacjent ma swoje ulubione dzieło dotyczące ChAD. Prym wiedzie niedostępna w księgarniach powieść "Niespokojny umysł" autorstwa Kay R. Jamison. Ja tę książkę czytałam dość pobieżnie i jakoś nie wkręciłam się w nią, ale proszę się nie sugerować, ponieważ gros znajomych mi osób uważa ją za fantastyczną i doskonale obrazującą doznania osoby borykającej się z tym problemem. To prawdopodobne, ponieważ sama autorka cierpi na chorobę afektywną, a opisane przez nią sytuacje są z życia wzięte.

Kolejną książką, nie tak bestsellerową, ale dostępną w księgarniach "Dedalus" chyba za 12 zł, jest powieść "Na huśtawce emocji", w której podobnie, autorka opisuje swoje doświadczenia ze stanami depresyjnymi i maniakalnymi. Mi się ta książka podobała,  uważałam ją za dość wstrząsającą ale bardzo prawdziwą, czyli adekwatną do opisywanych przeżyć moich pacjentów (zarówno poradnik jak i mr jones, to jednak trochę amerykańskie produkcje, a w obu tych książkach mamy samą prawdę bez przesłodzonego happy endu).

Obok powieści, istnieje oczywiście masa publikacji naukowych i specjalistycznych na temat choroby afektywnej dwubiegunowej. Prym wiodą książki dla pacjentów autorstwa prof. Łukasza Święcickiego, ordynatora oddziału F7 IPiN, dostępne na portalu tacyjakja i w księgarniach psychologicznych. Prof. ma niesłychane umiejętności literackie i można śmiało twierdzić, że jest naukową wersją Doroty Masłowskiej. Przy tym pisze oczywiście same przydatne rady i spostrzeżenia inspirujące rzesze pacjentów i psychoterapeutów do pracy nad ChAD.

Jedną z moich ulubionych książek o chorobie dwubiegunowej, taką którą mogłabym z pełną odpowiedzialnością polecić wszystkim pacjentom i terapeutom jest niewydana w PL "Bipolar Disorder for Dummies", czyli tłumacząc na polski "Chad dla opornych". Proszę jednak nie sugerować się żartobliwą nazwą, ponieważ w środku znaleźć można prawdziwe kompedium wiedzy o tymże zaburzeniu wraz z praktycznymi wskazówkami, radami i pytaniami do głębszej refleksji. Tworząc warsztat psychoedukacyjny dla osób zmagających się z wahaniami nastroju korzystałam z ćwiczeń zawartych w tej książce, gdyż są one niepowtarzalne i zupełnie inne niż te przetłumaczone na polski.

Niestety, na rynku brakuje aktywizującego pacjentów poradnika, który nie byłby nudny i nieprzystępny jak poradnik wydany przez WUJ. Miejmy nadzieję, że ktoś kiedyś wyda for Dummies, sama bym z chęcią przetłumaczyła tę książkę.

 

08:27, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 stycznia 2013

Z nowinek ze świata psychologii i psychoterapii, wspomnę tylko o interesującym artykule z Psychology Today dotyczącym radzenia sobie z odrzuceniem. Nie chodzi tu tylko o odrzucenie (w zasadzie..porzucenie) miłosne, ale też o sytuacje, kiedy ktoś odrzuca naszą kandydaturę na stanowisko. Autorzy artykułu zauważają, że godzenie się z odrzuceniem przypomina proces przechodzenia żałoby. Zatem pokazuje, iż zanim przejdziemy do porządku dziennego i zaakceptujemy czyjąś odmowę przechodzimy przez wszystkie 5 stadiów żałoby, złości, zaprzeczania, targowania się czy dojmującego smutku z powodu nieotrzymania tego czego oczekiwaliśmy.

Nie wiem jak Wy, ale ja z własnych doświadczeń mogę przyznać, że tak naprawdę jest, co wzbudza we mnie jednak pewną niezgodę, bo myślę, że żadna praca i żadne stanowisko nie jest warte tego by mieć przezeń żałobę. A już zwłaszcza taka praca, w której ktoś nie docenił naszej szanownej kandydatury;)

W oczekiwaniu na wenę- jedna z moich ulubionych piosenek Cranberries:) Miłego dnia!

09:44, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2013

Piękna piosenka na dobry sen:)

00:14, katarzynakucewicz
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 stycznia 2013

Ostatnimi czasy namiętnie czytam literaturę nawiązującą do zagadnień żydowskich. Jest to związane z nowym życiowym zadaniem jakie stoi przede mną, a mianowicie pracą na Żydowskim Uniwersytecie Otwartym. Dotychczas judaika interesowała mnie bardziej w kontekście filozoficzno religijnym, natomiast teraz namiętnie czytam  Singera, na zmianę z biografią szkalowanej Wiery Gran.

Dlaczego czytanie ma dla mnie taką wartość? Zawsze uważałam, że w książkach można się schować i trochę odwrócić dzięki nim od świata. Czy uciec? Uciec też, bo przecież jeśli historia nas wciąga, to fakty z tu i teraz pozostają z lekka rozmazanym tłem. Czytałam jako dziecko, kiedy było mi bardzo źle, czytałam będąc nastolatką, przeważnie książki zakazane mi przez dorosłych, ale przede mną nie schowane. I tak mając lat 11, 12, 13 traumatyzowałam się dziećmi z dworca ZOO, czy pamiętnikami więźniów Pawiaka, kompletnie nie mogąc przebrnąć przez Kubusia Puchatka, czy w Pustyni i w Puszczy. Lektury zawsze stanowiły dla mnie nudną powinność, ale muszę przyznać, że gdyby nie lekcje języka polskiego, nie zauroczyłabym się tak szybko twórczością Hanny Krall..nota bene, Zdążyć przed Panem Bogiem wylosowałam na maturze.

Czemu o tym piszę? Chyba dlatego, że wierzę w terapeutyczną moc książek i w to, że im człowiek czyta więcej tym lepiej radzi sobie z problemami dnia codziennego, choćby czytał o statkach kosmicznych czy o Jałcie. Nie chodzi tylko o aspekty techniczne, że przy czytaniu polepsza się pamięć, uwaga, koncentracja czy inne funkcje poznawcze. Człowiek czytający przede wszystkim poszerza swoje słownictwo, a przecież, czy chcemy tego czy nie, myślimy, mówimy, baaa, często nawet czujemy słowami. Nawet duże grono znajomych nie wytrenuje naszej komunikacji tak wirtuozersko jak czytanie.

W słowach, które czytam często znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania życiowe. Mam tak, ale z tego co wiem, jest to pogląd znany od setek lat. Nie bez kozery radzi się ludziom by otwierali od czasu do czasu Pismo Święte na wybranej stronie i czytali wyrwane z kontekstu zdanie, które ma ich wieść przez życie. To najprymitywniejsza forma tego o czym mówię, bo jednak z lekka wionie wróżbiarstwem, ale nie można zaprzeczyć, że ludzie utalentowani literacko potrafią niczym terapeuci wypowiedzieć z siebie jedno takie zdanie które odwraca nasze życie do góry nogami.

Co z tymi, którzy jednak nie mogą się do czytania zabrać, albo nie mają na nie czasu? W moim życiu też był taki moment, gdy czułam, że jedyne na co mam czas to czasopismo Charaktery czytane w autobusie E2 w drodze do pracy. Żałuję jednak, że pielęgnowałam w sobie ten pogląd, gdyż myślę, że gdybym jednak więcej czasu odnajdywała na czytanie, ot choćby tej dzisiejszej Wiery Gran, moje ówczesne życie zawodowe wyglądałoby znacznie lepiej.

Dlatego zachęcam, pomimo obowiązków, braku chęci i motywacji, do czytania. Sami się pewnie zdziwicie jak to ubogaca i nastraja, i jak przyjemne uczucie szlachetności pozostaje w człowieku po każdej przeczytanej powieści.

 

 

11:58, katarzynakucewicz
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 stycznia 2013

W psychologii dziecięcej, ale i potocznie, często używa się terminu bunt 2 latków. Termin ten dotyczy, jak sama nazwa wskazuje, maluchów, które zaczynają się po raz pierwszy naprawdę złościć i tę złość manifestują. To ten moment w rozwoju, w którym większość rodziców fantazjuje o Dorocie Zawadzkiej i karnych jeżykach. 

Elliot Aronson rzecze, że człowiek jest istotą społeczną. Jest, ale musi także, przy okazji, przejść przez proces przeistaczania się w ową istotę, poskramiając w sobie wszystkie zwierzęce, pierwotne instynkty, które w późniejszym życiu by mu torowały drogę do nawiązywania prawidłowych relacji z innymi osobami. Proces temperowania w sobie pierwotnych instynktów zachodzi między innymi wtedy kiedy krnąbrny dwulatek w furii związanej z niezaspokojeniem jakiejś potrzeby zaczyna krzyczeć, tupać, kopać i gryźć. Dziecko, przypominające wtedy rozszalałe zwierzątko, uczy się, że tak nie wolno, że złość jest czymś niepopieranym i niesłużącym.

Bardziej świadomi rodzice wiedzą, że dziecku nie powinno się zabraniać złoszczenia jako tako, ale raczej tłumić w nim zachowania agresywne. Jest to słuszne podejście, ponieważ złość jest naturalną emocją, a zatem taką, która ma święte prawo nas dopadać tak samo jak radość, współczucie, czy inne szlachetne. Każdy z nas ma prawo do złości, do wkurzenia, do przeżywania prawdziwego gniewu. Uczymy jednak dzieci, że to, że mają prawo się gniewać, nie oznacza równorzędnie, że mają prawo z tego powodu kopać np. kogoś z domowników. Ten rodzaj wychowania kształtuje świadomych dorosłych, w pełnym kontakcie z samymi sobą, takich, z którymi później da się żyć, pomimo tego, że jeśli się wkurzą to o tym powiedzą zamiast przełknąć ślinę i złorzeczyć w myślach.

W którymś z magazynów dla dzieci jakiś czas temu napisała do mnie Pani Wykończona Mama, która pytała co zrobić z wiecznie agresywną, wydzierającą się w niebogłosy 2,5 letnią Zosią. Zosia właśnie doświadczała opisywanego powyżej buntu i była naprawdę nieznośna. Jako psychoterapeuta, odpowiedziałam jej to, co z chęcią przytoczę:

Rzeczywiście, istnieje w rozwoju dziecka moment, gdy uświadamia sobie ono swoją autonomię i zaczyna doświadczać różnych emocji w sobie, w tym i złości, która może przejawiać się opisywanymi w liście zachowaniami. Warto po pierwsze uzbroić się w cierpliwość i zrozumieć, że jest to czas niezwykle trudny dla samego dziecka, którego emocje zdają się być wyższe niż ono samo, a przy tym dziecko jest wobec nich bezbronne, gdyż jeszcze nie potrafi ich opanowywać. To jak w dalszym życiu będzie umiało radzić sobie ze swoimi emocjami zależy od postawy rodziców. Rodzice akceptujący, ciepli, nie dający się wyprowadzić z równowagi, dają dobry przykład dziecku, że  nerwy można okiełznać i nie trzeba się im poddawać.

 

W tym okresie najważniejsza jest prawidłowa komunikacja z dzieckiem. Przede wszystkim należy do niego mówić prostymi do zrozumienia komunikatami, nie stosować zawiłych wypowiedzi. Warto też zawczasu informować dziecko o tym co za chwilę się będzie działo, przygotowywać je do różnych czynności,  np. odpowiednio wcześniej informować,  że dzisiaj będziemy myć głowę, a nie z nienacka polewać prysznicem podczas wieczornej kąpieli. Jeśli dziecko danej czynności nie lubi, warto poprzez zachętę, a nie groźbę zachęcić do jej wykonywania, czyli krótko mówiąc porozumiewać się z dzieckiem słowami pełnymi miłości, ciepła i akceptacji.  Pytać o opinię,  dawać wybór, a nie wymuszać, czy rozkazywać wykonanie jakiejść czynności.

Co jeśli mimo to mamy do czynienia ze swoistą furią u dziecka?

Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwośc. Warto uświadomić sobie, że gdy tracimy kontrolę- przegrywamy. Grunt to nie dać się wyprowadzić z równowagi.  Należy przeczekać aż szał sam minie, ignorując wszelkie krzyki i histerie, stojąc zwyczajnie z boku.  Gdy dziecko samo się uciszy , zasygnalizować, że cieszymy się, że już jest spokojniejsze. 

Kiedy dziecko widzi w nas ostoję opanowania samo zaczyna być bardziej zrelaksowane i spokojne, a wtedy poziom zachowań buntowniczych zaczyna znacznie się obniżać.

 

Co z dziećmi, które się nie złoszczą? Z pewnością ktoś z Was pomyśli, że takie dziecko zna, albo ma, albo takim dzieckiem był. Z mojego punktu widzenia jest to raczej mało prawdopodobne, aby na świecie istniał człowiek, który się nie gniewa. W końcu nawet Jezus w akcie rozdrażnienia zdemolował świątynię, w której urządzono sobie bazar, zamiast się modlić. Złość jest wyrazem naszych uczuć, naszej niezgody na sytuację i chęci zmiany albo przystopowania procesu, który naszym zdaniem nie jest w porządku. Złość pozwala nam zatem na rozróżnienie tego co jest dla nas dobre i czego chcemy, od tego co nas męczy i powoduje w nas niezadowolenie. Chwała złości?

Drążąc jednak dalej- co z tymi, którzy się nie złoszczą? Wychodząc z założenia, że takich ludzi nie ma, nie twierdzę że nie ma też takich, którzy ukrywają głęboko przed światem i sobą, że się złoszczą.

Takie osoby nazywamy w żargonie psychologicznym biernie agresywnymi. B.A. to Ci z nas, którzy na zewnątrz uśmiechają się, przytakują, a w środku aż paruje w nich frustracja i zdenerwowanie. To taki rodzaj zachowania, który pozornie nie jest rozumiany jako akt złości, np delikatna acz bolesna uwaga, przykry, choć pozornie neutralny komentarz, w stylu " założyłeś na siebie płaszcz, choć jest tak ciepło, a wydawało mi się, że wczoraj razem oglądaliśmy prognozę pogody..". Osoby biernie agresywne innymi słowy zachowują się nie wprost, tylko na około drążąc temat. Nie mówią szczerze o tym, że coś je boli i jest dla nich drażniące, z wielu powodów. Przeważnie ta nieumiejętność bierze się z lęku przed konfrontacją face to face. Osoby biernie agresywne bowiem, są zwykle od dziecka uczone, że takie konfrontacje są czymś złym i że nie wolno im okazywać swoich emocji, gdyż jest to słabość. Często to ludzie wychowani w poczuciu, że nie wolno im wyrażać szczerze własnych uczuć, że te niewłaściwe, niedobroduszne należy gdzieś głęboko w sobie pakować. Kiedy nie starcza już miejsca by cały gniew upchnąć na dnie serca, jego części wyciekają z nas w postaci właśnie takich kąśliwych uwag albo przycinków.

W psychoterapii praca z osobami biernie agresywnymi jest prawdziwym wyzwaniem. Tacy pacjenci często złoszczą się na terapeutę serwując mu niebezpośrednie sygnały na ten temat- np notorycznie się spóźniają, odwołują w ostatniej chwili sesje. Często bywa tak, że początkowo zachowują się tak zupełnie nieświadomie, nie tylko wobec terapeutów, ale i innych ludzi. Często dopiero w trakcie psychoterapii osoba zaczyna dostrzegać w sobie agresję i widzieć, że ciągłe spóźnianie było spowodowane chęcią ukarania psychoterapeuty np. za nieprzyjemne interpretacje. Albo że komentowanie gotowania swojej synowej, jest wynikiem złości na nią, a nie chęci by synowi smakowało.

Jak zawsze, tak samo i teraz, przestrzegam przed nadinterpretowaniem tego zjawiska i nie uleganiem pokusie tłumaczenia uwag co do naszej osoby, czyjąś bierną agresją:). Jeśli już pokusicie się o obserwację biernej agresji w przyrodzie to myślę, że warto monitorować ją w sobie i samego siebie oceniać pod kątem umiejętności wyrażania złości. Im lepiej to umiemy tym szczęśliwsi pozostajemy wewnątrz siebie, co jest, jak to powtarzam zawsze, dużą wartością.

 

 

 

 

14:01, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 stycznia 2013

Jesteśmy na fali noworocznych postanowień i pewnie większość z nas sobie coś obiecała w ostatnich dniach. Początek stycznia rzeczywiście sprzyja takim decyzjom, zwłaszcza, że media bez przerwy pouczają nas jak skutecznie dotrzymać sobie słowa i zrealizować wszystkie swoje noworoczne plany. Rzadko kiedy natomiast, zwraca się uwagę na to, że uporczywe dążenie do celu czegoś nas pozbawia.

Ciekawie rozprawia o tym dr M. Burkley w Psychology Today. Otóż badaczka udowodniła, że osoby silnie samokontrolujące się są bardziej podatne na sugestie, niż te, które się nie kontrolują. Wyszła z założenia, że "samokontrola" jest zbiornikiem paliwa, który gdy działa ma faktyczną moc, ale jest także czymś co może się wyczerpać. Pokazała, iż wydatkowanie energii na trzymanie się noworocznych postanowień męczy nasz organizm a tym samym sprawia, że łatwiej nas do czegoś przekonać

Burkley odważnie przytacza specyfikę przesłuchań jakie stosowano w latach 40, gdy maltretowano ludzi, którzy często skrajnie wyczerpani, przyznawali się dopiero do jakiegoś czynu (często takiego, którego wcale nie popełnili). Podobnie, jak zauważa Cialdini, rzecz się miała  np. w sytuacjach gdy osoby będące guru sekt, często zamykały się ze swoimi wyznawcami w odosobnieniach, karmiąc ich jedzeniem niskoenergetycznym, osłabiającym organizm. Wszystko po to, by podporządkować sobie człowieka w pełni, co jest możliwe zwykle wtedy kiedy jego organizm jest skrajnie wyeksploatowany. Oczywiście, to jaskrawe dowody, ale dobrze obrazujące to, że kiedy nasza energia spada, rośnie nam otwartość na sugestie. Dlatego, w czasie realizowania silnych noworocznych postanowień prawdopodobnie podejmujemy mało przemyślane decyzje, np. szybko dajemy się namówić sprzedawcy  na zakup drogiego komputera, czy żelazka.

Naturalnie, wyznaczanie sobie celów i ich osiąganie jest bardzo ważną życiową aktywnością i nie warto z niej rezygnować. Zachęca się jednak do czujności na to jakie decyzje podejmujemy będąc w trakcie np rzucania palenia.

Z drugiej strony pocieszające, zdaniem Burkley jest to, że podobne mechanizmy działają na nas wszystkich, zatem jest szansa, że gdy w czasie noworocznych postanowień poprosimy szefa o pożyczkę, szybciej na to przystanie niż w innym miesiącu, wolnym od postanowień:)

11:02, katarzynakucewicz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Katarzyna Kucewicz psychoterapeuta
Katarzyna Kucewicz
psycholożka, psychoterapeutka.
Zafascynowana sporem "sen czy cień" wielbicielka Z. Freuda i K.G. Junga. Pasjonuje ją kino, moda i pisanie długich listów. Uważa, że aby być szczęśliwym trzeba wyznaczać sobie kolejne cele do osiągnięcia.
Kontakt:
kasia.kucewicz@gmail.com